Jak dobrze mieć sąsiada (?)

No bo przecież generalnie to dobra sytuacja. On wiosną się uśmiechnie, jesienią zagada. Wiertarkę można pożyczyć (jak Kowalskiej nie będzie w pobliżu 😀 ). Piwniczkę oczyścić… z wina 😀

Tylko że sąsiad, choć wścibski przecież nie jest, jakoś tak ostatnio wpadł na ten sam pomysł, co ja. On też słuch odzyskał? 🙂 No bo patrzcie: jesienią zeszłego roku wystawiłem 2 budki lęgowe różnego typu, karmnik, dokarmiałem ptaki. Jego w tym czasie rzadziutko było widać na działce. A tu patrzcie państwo (wypatrzcie sami):

Kilka dni temu na sąsiedniej działce pojawiły się ni stąd ni z owąd dwie budki lęgowe i to tego samego typu, co u nas.

Przynajmniej generalnie jedna z nich jest typu półotwartego, druga zamkniętego, ale tak na oko trochę pomylona, bo wielkością pasuje do typu D, natomiast otwór wlotowy jest średnicy raczej bliżej typu A.

No dobra, nie marudzę więcej, pożartować tylko chciałem, a jeśli skrzydlaci podopieczni dopiszą w lęgach tak, jak dopisali w karmniku i pod nim, to i tych czterech budek będzie o wiele za mało, żeby pomieścić wszystkich chętnych 🙂 A ja już zapamiętałem, żeby do działki zbliżać się powoli i ostrożnie, żeby bażanty nie musiały w strachu świecą startować spod nóg 🙂 Gorzej będzie, jak Grażynie porządkującej okolice iglaków bażancica wyskoczy w twarz z… gniazda :-/

Reklama dźwignią :-)

Wygląda na to, że niedawna wizyta taty czyża była tylko zwiadem dla sprawdzenia, czy prawdę mazurki ćwierkają, że gdzieś tu na działkach jest taka świetna stołówka 😀 A jest, jest i owszem, choć to nieprawdopoistne. Na szczęście tata dotarł, zobaczył, pomacał, pojadł i… przyprowadził dziś całą rodzinę :-O Jak zwykle w kadrze złapać to małe cholerstwo, jak jest tego więcej niż jedna sztuka, to jest właśnie sztuka (owszem, da się, nie ma problema, ale takie zdjęcie to z kolei sztuka dla sztuki, bo dla oka nic ciekawego), ale pojedynczo ustrzeliłem przynajmniej trzy sztuki, a były co najmniej cztery. Tata czyż, matuś czyżowa i czyżyki chyba dwa. I tak nie wiedzielibyście, który młody to który, więc pokazuję tylko jednego, ale jak pragnę zdrowia, że czyże dziś były w sile sztuk 4.

I szczygieł zawitał do nas dzisiaj ponownie. Trafił na świetną porę, pusto było, więc jak już odrobinę podjadł, odwrócił się w drugą stronę, tyłkiem do ziarna, odpoczął, potem znowu się obrócił i znowu rąbał 🙂

Jak to w sobotę działkową, podopieczni znowu mieli problemy z dostępem – różne, w zależności od stopnia strachliwości. Sierpówki kilka razy już, już leciały ku karmnikowi, nagle wychylało się zza altany któreś z nas i fru, trzeba było nagle korygować tor lotu na sąsiednią działkę, obchodząc się smakiem.

Sikory miały łatwiej, chyba już nieco przywykły do tego, że jacyś cieniarze kręcą się im w stołówce co sobotę, bo jakby mniej się nami przejmowały i częściej podjadały. Zresztą ich sposób jedzenia na tym właśnie polega: ziu do karmnika, bach ziarenko, ziu na gałąź i tam można już spokojnie pałaszować, wydłubując pestkę z łupiny.

Muszę się jeszcze nauczyć rozróżniać po trelach, na ile to możliwe, bogatki, modraszki oraz resztę sikor, ale z częścią ich odgłosów en bloc, przynajmniej tych prostszych, jestem już zaznajomiony i dopiero teraz (jak zaczęły wreszcie wiosną częściej dzioba używać do śpiewów, nie tylko do pałaszowania) mam świadomość, ile tego szparkiego maleństwa jest wokoło.

Wiosna, panie kosie :-)

Odgłosy kosa są mi już znane dość dobrze. Słyszę, czy żeruje lub siedzi sobie na ziemi lub gałęzi, czy się czymś denerwuje albo odgania intruza, oczywiście rozpoznanie treli godowych nie stanowi problemu od dawna.

Wracam siebie nocą z imprezy, właściwie jest już dzisiaj od półtorej godziny. Skro doszedłem do domu z centrum miasta cały i w dobrym stanie, to znaczy, że nie byłem jakoś szczególnie urżnięty, ale nawet gdybym był, nie przegapiłbym na pewno tego (spotkaliśmy się w ruchliwym miejscu miasta, na rondzie, tym najstarszym, więc w tle słychać odgłosy ulicy):

Panie kosie, a coś pan też na imprezie był? Ja to się przynajmniej nie drę ludziom pod oknami wniebogłosy, wracając nocą z imprezy 😛

 

A wiecie co to oznacza? Wiosna, wiosna w mieście! Kosy zaczynają gody, będzie się działo! Na działce pewnie za jakieś 2 tygodnie czy coś koło tego, ale to już całkiem niedługo 🙂

Grażyna, tnij w końcu, jak masz ciąć, ten wiciokrzew, bo jak pani kosowa zeszłoroczne gniazdo na nowo wyszykuje i na nim  zasiądzie, będzie… po ptokach 😀

 

Nowe zdobycze na koniec sezonu.

Sezon żywieniowy nieubłaganie zbliża się do końca. Zwyczajowo, o ile jako nowicjusz zdołałem się zorientować, trwa do końca marca, lecz jeśli nie będzie już przymrozków ani biały puch nie spowije mocno ziemi, u mnie zakończy się nieco wcześniej, bo wraz z zasypaną dzisiaj porcją mieszanki. Koniec, wyżerki w karmniku niedługo, za 2-3 dni, ale co na ziemi, zostawię jeszcze dla przyglebowego ptactwa. Mazurki narozsypywały sporo niełuskanego słonecznika, a sikorki pewnie niechętnie z ziemi zbierać go będą, więc może sierpówki i bażanty jeszcze wydziobią do końca.

Tymczasem dziś pojawił się nowy gość. Pan czyżyk we własnej osobie 🙂 Między gałęziami się uwijał, bo dziś to znowu był „renament”, czyli prace ogrodowe. Dziś ciąłem drzewa owocowe, więc podopiecznym niełatwo było dorwać się do ziarna. Nawet kilkakrotnie celowo chowałem się w altanie na kilka-kilkanaście minut, ale po południu sikory były już tak głodne (wkurzone?), że nawet nie bardzo zauważały mnie, jak wystawałem na drabinie w koronie jabłoni i siadały niedaleko, jakieś 2 metry ode mnie, przyglądając się, co to za wielgaśny ptak czeka z nimi w kolejce do karmnika 🙂

Ale wcześniej usłyszałem nad głową charakterystyczne, powiedziałbym, pojękiwanie. Wysoko, wysoko krążyły… 4 „myšiaki” (to po słowacku), czyli „drapole” klasy myszołów. Szkoda, że tak wysoko, bo nie dałem rady złapać ostrości na wszystkich czterech, udało mi się ledwie pojedynczego „ustrzelić”. Oto on:

One też chciały się załapać na karnet na dokarmianie, ale zrezygnowały jak się dowiedziały ode mnie, że to stołówka jarska, więc na żywca nie mają tu szans ani zgody na polowanie na niego w promieniu 300 metrów 😀

Wiosna blisko, a tu nowy nabytek.

Od kilku dni, około tygodnia widzę w kamerze jakieś dwa gołębie. Ale że obraz jest jakości takiej, jakiej jest, to widzę, że to gołębie, że szare raczej, bez pstrokacizny, ale i tego pewien nie mogę być, a poza tym to już nic więcej nie widzę. Dzisiaj, jako że przy pięknej, pierwszej marcowej sobocie wypadało sezon działkowy wreszcie na dobre rozpocząć, udało mi się przydybać gołąbki. To dwie sierpówki. Grażyna – jako że to gołębie, więc zadziałały na nią jak płachta na byka – już zaczęła je przeganiać, ale udało mi się jej to wyperswadować i uświadomić, że to „rasowe” gołębie, nie jakieś tam domowe dachowe obsrańce i warto im pozwolić nie tylko korzystać ze stołówki, ale i zagnieździć się gdzieś w pobliżu. Uff… 🙂

A swoją drogą z tej ostatniej karmy niewiele zostaje na ziemi, bo większość tego, co wyrzucone z karmnika, jest zjadane przez ptaki „naziemne”, zwłaszcza teraz, gdy już sucho i nie moknie na ziemi, nie pleśnieje.

Niewykluczone że i szpak, kiedyś już zauważony (choć raczej nie ten sam – tamten grubiutki się wydawał, a ten to chudzina przy nim) pokazywał się ostatnio  w obiektywie, dziś przyłapanym będąc na żywo. Ależ on wcinał kule tłuszczowe! I jaki sprawny, duży, a radził sobie tak na makramie, jak na spirali, czy to głową w górę, czy też w dół. Jak mi się zdaje, to samiec, ale zapytam na forum, upewnię się, czy się nie mylę.

Nasi podopieczni musieli być na nas dzisiaj strasznie źli 🙁 Przeszkadzaliśmy im od 10:00 do ponad 17:00. Nie pojadły sobie biedaki dzisiaj 🙁