Zaczęło się od tego, że w miarę rehabilitacji Grażyna wracając z pracy relacjonowała, gdzie i jakie ptaki słyszała. Po kilkunastu latach ich niesłyszenia. A to stado kawek czy gawronów, a to stado szpaków, a to coraz częściej pojedyncze ptaki. Niedługo później działka zaczęła dla niej odżywać na nowo. Do świata obrazów dołączył świat dźwięków. W miarę postępów rehabilitacji świat coraz bogatszy. Jeśli uwzględnić, że należy się liczyć z tym, że powrót do 100% naturalnej słyszalności może nie być możliwy, to dziś ten świat dźwięków jest w pełni bogaty. I niesamowicie przyjemny.
Później rzeczy następowały bardzo szybko. Zainteresowałem się i ja nieco bardziej ptakami. Próbuję je rozpoznawać zarówno po wyglądzie, jak i po odgłosach, uczę się tego i mimo że w sferze odgłosów ubogo to jeszcze wygląda, to staję się coraz bardziej na te odgłosy wyczulony i coraz częściej rejestruję głosową obecność ptaka poza zasięgiem wzroku, mimo że jeszcze pół roku temu nie miałbym świadomości jego obecności. Rozpoznanie nawet tylko tych kilku znanych ptaków, świadomość, że gdzieś za plecami żeruje kos, daleko po lewej sroka się odzywa, a na sąsiedniej działce sikorki buszują w krzewach, sprawia, że coraz bardziej czuję się być wewnątrz ich świata i bliżej natury.
Latem zbudowałem „tymi rencami” 2 budki lęgowe, a do resztek materiału, jaki mi został, dokupiłem płytę sklejki i zrobiłem jeszcze karmnik, zamiast go kupować. Jakiś piękny to on nie jest, ale kiedy patrzę na to, co można kupić w sklepach, rośnie we mnie poczucie wartości własnego dzieła.

