Drugi ante portas

Rudziki, jak doczytałem, dzielą się na takie, co zostają u nas na zimę (mniejszość), takie, co na zimę odlatują (zdecydowana mniejszość) oraz takie, co na zimę przylatują do nas ze Skandynawii (mniejszość, tylko nie wiem, czy mniejsza, czy większa od tej pierwszej mniejszości). No i o ile zeszłego lata raz udało mi się rudzika zauważyć, o tyle przez całą zimę ani jednego nie widziałem, a przecież jego rudopiersiowość jest tak widoczna i charakterystyczna, że nie ma mowy, żebym go na żywo wśród tej gawiedzi przegapił. A tu masz: wczoraj kulczyk, a dzisiaj rudzik przyleciały do stołówki i świergolą coś jakby: „wio.., …os…, ..osna”. Coś jeszcze na początku niezrozumiałego. Może: ” gdzie ta…” 🙂 No bo brr, niby 8 stopni dzisiaj w stołówce było, a bez kurtki, choćby lekkiej, ani rusz, lepiej od razu zwijać się do domu.

Niestety rudzik kilka minut tylko pokręcił się, popróbował żerowania w iglakach, posiedział i poprzyglądał się, a później zniknął. Daleko do tych iglaków było, więc zdjęcie mało wyraźne, ale że rudzik, to chyba nie ma wątpliwości, co? 😀

Sezon się kończy, popularność rośnie

Już, już miałem zdejmować karmnik, ale przecież chłodno jeszcze, pod koniec miesiąca nawet (jak na razie) prognozy jakieś przymrozki wróżą, flora jakaś leniwa, nie budzi się, a ruch w interesie nie maleje, nawet przy pustym karmniku. Dokupiłem więc jeszcze kilogram łuskanego słonecznika i dzisiaj cały wsypałem do karmnika. Póki byłem na działce, ruch był taki sobie, za to miałem okazję się przekonać, że popularność stołówki nadal rośnie. Jeszcze do niedawna szpak pojawiał się tu pojedynczy, ani w karmniku, ani w zasięgu wzroku i słuchu nie było widać innych szpaków. Za to dziś wysyp – cała rodzina, jeśli to rodzina, a jeśli nie – małe stadko się pojawiło. Nie ma wątpliwości, że było ich co najmniej 5, jak na poniższym zdjęciu:

Udało mi się dzisiaj dzięki temu pooglądać uwijanie się szpaka to przy jabłku, to przy tłuszczu. Zwłaszcza przy tłuszczu wyglądał niesamowicie, wychylający się w dół i sięgający z daleka dziobem tłuszczu. Dziobał, jakby startował w jakimś konkursie łasuchów 🙂

Zastanawiam się tylko, jak powiedzieć Grażynie, że nasze zbiory wiśni są w tym roku zagrożone, bo to już nie jeden dziób do wykarmienia, ale małe stadko będzie na nasze owoce polować… :-/

Filharmonia

Mała filharmonia w Ptasielance. Ile gardeł, tyle instrumentów 🙂 Ale frekwencja u karmnika nadal dopisuje. Ciekawe, co nastanie prędzej: wysyp lęgów, czy spadek zainteresowania dokarmianiem? Zresztą o ile jabłko jeszcze można podrzucać non stop, póki będzie wyjadane, o tyle ziarna już nie będę kupował nowego, a słonecznik się kończy, tyle co go w karmniku zostało. I trawa zacznie wschodzić niedługo, ukrywając zagubione, niewyjedzone jeszcze ziarna pod karmnikiem. Wprawdzie pod karmnikiem to darń jest pewnie niesamowicie wydziobana, ale może i tam co nieco wzejdzie.

Kosy drą ryje, sikory szaleją, a szpaczek, który przyszedł dzisiaj pojeść, też podjadłszy dał koncert, że miło było posłuchać 🙂

Trzęsie mi się trochę aparat w rękach, nawet podparty na monopodzie, co przy ogniskowej 200 mm wcale nie takie dziwne, ale na razie nie mam odwagi powiedzieć Grażynie, że… jeszcze solidny statyw potrzebuję do dobrego filmowania 🙂

Wiosna blisko, a tu nowy nabytek.

Od kilku dni, około tygodnia widzę w kamerze jakieś dwa gołębie. Ale że obraz jest jakości takiej, jakiej jest, to widzę, że to gołębie, że szare raczej, bez pstrokacizny, ale i tego pewien nie mogę być, a poza tym to już nic więcej nie widzę. Dzisiaj, jako że przy pięknej, pierwszej marcowej sobocie wypadało sezon działkowy wreszcie na dobre rozpocząć, udało mi się przydybać gołąbki. To dwie sierpówki. Grażyna – jako że to gołębie, więc zadziałały na nią jak płachta na byka – już zaczęła je przeganiać, ale udało mi się jej to wyperswadować i uświadomić, że to „rasowe” gołębie, nie jakieś tam domowe dachowe obsrańce i warto im pozwolić nie tylko korzystać ze stołówki, ale i zagnieździć się gdzieś w pobliżu. Uff… 🙂

A swoją drogą z tej ostatniej karmy niewiele zostaje na ziemi, bo większość tego, co wyrzucone z karmnika, jest zjadane przez ptaki „naziemne”, zwłaszcza teraz, gdy już sucho i nie moknie na ziemi, nie pleśnieje.

Niewykluczone że i szpak, kiedyś już zauważony (choć raczej nie ten sam – tamten grubiutki się wydawał, a ten to chudzina przy nim) pokazywał się ostatnio  w obiektywie, dziś przyłapanym będąc na żywo. Ależ on wcinał kule tłuszczowe! I jaki sprawny, duży, a radził sobie tak na makramie, jak na spirali, czy to głową w górę, czy też w dół. Jak mi się zdaje, to samiec, ale zapytam na forum, upewnię się, czy się nie mylę.

Nasi podopieczni musieli być na nas dzisiaj strasznie źli 🙁 Przeszkadzaliśmy im od 10:00 do ponad 17:00. Nie pojadły sobie biedaki dzisiaj 🙁