Wygląda na to, że niedawna wizyta taty czyża była tylko zwiadem dla sprawdzenia, czy prawdę mazurki ćwierkają, że gdzieś tu na działkach jest taka świetna stołówka 😀 A jest, jest i owszem, choć to nieprawdopoistne. Na szczęście tata dotarł, zobaczył, pomacał, pojadł i… przyprowadził dziś całą rodzinę :-O Jak zwykle w kadrze złapać to małe cholerstwo, jak jest tego więcej niż jedna sztuka, to jest właśnie sztuka (owszem, da się, nie ma problema, ale takie zdjęcie to z kolei sztuka dla sztuki, bo dla oka nic ciekawego), ale pojedynczo ustrzeliłem przynajmniej trzy sztuki, a były co najmniej cztery. Tata czyż, matuś czyżowa i czyżyki chyba dwa. I tak nie wiedzielibyście, który młody to który, więc pokazuję tylko jednego, ale jak pragnę zdrowia, że czyże dziś były w sile sztuk 4.



I szczygieł zawitał do nas dzisiaj ponownie. Trafił na świetną porę, pusto było, więc jak już odrobinę podjadł, odwrócił się w drugą stronę, tyłkiem do ziarna, odpoczął, potem znowu się obrócił i znowu rąbał 🙂

Jak to w sobotę działkową, podopieczni znowu mieli problemy z dostępem – różne, w zależności od stopnia strachliwości. Sierpówki kilka razy już, już leciały ku karmnikowi, nagle wychylało się zza altany któreś z nas i fru, trzeba było nagle korygować tor lotu na sąsiednią działkę, obchodząc się smakiem.
Sikory miały łatwiej, chyba już nieco przywykły do tego, że jacyś cieniarze kręcą się im w stołówce co sobotę, bo jakby mniej się nami przejmowały i częściej podjadały. Zresztą ich sposób jedzenia na tym właśnie polega: ziu do karmnika, bach ziarenko, ziu na gałąź i tam można już spokojnie pałaszować, wydłubując pestkę z łupiny.
Muszę się jeszcze nauczyć rozróżniać po trelach, na ile to możliwe, bogatki, modraszki oraz resztę sikor, ale z częścią ich odgłosów en bloc, przynajmniej tych prostszych, jestem już zaznajomiony i dopiero teraz (jak zaczęły wreszcie wiosną częściej dzioba używać do śpiewów, nie tylko do pałaszowania) mam świadomość, ile tego szparkiego maleństwa jest wokoło.