I tym sposobem na działce 401 zawisły 2 budki lęgowe: klasyczna typu A i półotwarta typu P. Ta druga z tego względu, że minionego lata, już w jego dość późnym ze względu na lęgi ptaków okresie, „ujawniłem” (jak się to często mówiło w moim byłym fachu) aż 2 gniazda kosów prawie obok siebie.
Prawie, bo jak gdzieś wyczytałem, kosy są wielkimi indywidualistami i gniazda zakładają
generalnie w zagęszczeniu 0,5 gniazda na kilometr kwadratowy, jedynie w miastach
w zagęszczeniu do 4 gniazd na kilometr kwadratowy. U mnie na, no, powiedzmy 600 metrach
kwadratowych były 2 gniazda oddalone od siebie o jakieś 3-4 metry.
Na razie puste, chyba nawet mazurki pogardziły budką A jako zimową noclegownią, ale mogę mieć nadzieję, że efekty zimowego dokarmiania (o czym w późniejszych wpisach) sprawią, że o budki będzie bitwa przed okresem lęgowym 🙂

Na początku listopada startuje okres dokarmiania ptaków dzikich i w tym też czasie w miejscu reprezentacyjnym, choć nie z tych względów wybranym, stanął karmnik klasy „tymi rencami”. Choć bez bajerów, za to solidny, praktyczny, samozasypowy, a co najważniejsze – bardzo pojemny. Początkowo nie sądziłem, że mi się to przyda, obecnie nie mam sposobności dokładnie go przetestować, ale ma pojemność co najmniej 4-5 kg mieszanki. Miałem nadzieję, że taka pojemność (mimo że wynika z „jak krawiec kraje…”, a nie dokładnego planowania) wystarczy, by na działce bywać raz na tydzień i nie obawiać się, że pokarmu zabraknie.
A jak było w rzeczywistości, będzie wynikać z dalszych wpisów.

Oprócz tego ściśle według rad Kuby Typiaka z ptasiastrefa.pl zmajstrowałem sprytny, najprostszy i najtańszy karmnik dla kosów 🙂 Taki zwykły, tylko na jabłka. Widać go na zdjęciu powyżej (jabłka właściwie widać), a poniżej prezentuje się nieco okazalej.
