Sezon się kończy, popularność rośnie

Już, już miałem zdejmować karmnik, ale przecież chłodno jeszcze, pod koniec miesiąca nawet (jak na razie) prognozy jakieś przymrozki wróżą, flora jakaś leniwa, nie budzi się, a ruch w interesie nie maleje, nawet przy pustym karmniku. Dokupiłem więc jeszcze kilogram łuskanego słonecznika i dzisiaj cały wsypałem do karmnika. Póki byłem na działce, ruch był taki sobie, za to miałem okazję się przekonać, że popularność stołówki nadal rośnie. Jeszcze do niedawna szpak pojawiał się tu pojedynczy, ani w karmniku, ani w zasięgu wzroku i słuchu nie było widać innych szpaków. Za to dziś wysyp – cała rodzina, jeśli to rodzina, a jeśli nie – małe stadko się pojawiło. Nie ma wątpliwości, że było ich co najmniej 5, jak na poniższym zdjęciu:

Udało mi się dzisiaj dzięki temu pooglądać uwijanie się szpaka to przy jabłku, to przy tłuszczu. Zwłaszcza przy tłuszczu wyglądał niesamowicie, wychylający się w dół i sięgający z daleka dziobem tłuszczu. Dziobał, jakby startował w jakimś konkursie łasuchów 🙂

Zastanawiam się tylko, jak powiedzieć Grażynie, że nasze zbiory wiśni są w tym roku zagrożone, bo to już nie jeden dziób do wykarmienia, ale małe stadko będzie na nasze owoce polować… :-/

Jak dobrze mieć sąsiada (?)

No bo przecież generalnie to dobra sytuacja. On wiosną się uśmiechnie, jesienią zagada. Wiertarkę można pożyczyć (jak Kowalskiej nie będzie w pobliżu 😀 ). Piwniczkę oczyścić… z wina 😀

Tylko że sąsiad, choć wścibski przecież nie jest, jakoś tak ostatnio wpadł na ten sam pomysł, co ja. On też słuch odzyskał? 🙂 No bo patrzcie: jesienią zeszłego roku wystawiłem 2 budki lęgowe różnego typu, karmnik, dokarmiałem ptaki. Jego w tym czasie rzadziutko było widać na działce. A tu patrzcie państwo (wypatrzcie sami):

Kilka dni temu na sąsiedniej działce pojawiły się ni stąd ni z owąd dwie budki lęgowe i to tego samego typu, co u nas.

Przynajmniej generalnie jedna z nich jest typu półotwartego, druga zamkniętego, ale tak na oko trochę pomylona, bo wielkością pasuje do typu D, natomiast otwór wlotowy jest średnicy raczej bliżej typu A.

No dobra, nie marudzę więcej, pożartować tylko chciałem, a jeśli skrzydlaci podopieczni dopiszą w lęgach tak, jak dopisali w karmniku i pod nim, to i tych czterech budek będzie o wiele za mało, żeby pomieścić wszystkich chętnych 🙂 A ja już zapamiętałem, żeby do działki zbliżać się powoli i ostrożnie, żeby bażanty nie musiały w strachu świecą startować spod nóg 🙂 Gorzej będzie, jak Grażynie porządkującej okolice iglaków bażancica wyskoczy w twarz z… gniazda :-/

Prapoczątki.

Zaczęło się od tego, że w miarę rehabilitacji Grażyna wracając z pracy relacjonowała, gdzie i jakie ptaki słyszała. Po kilkunastu latach ich niesłyszenia. A to stado kawek czy gawronów, a to stado szpaków, a to coraz częściej pojedyncze ptaki. Niedługo później działka zaczęła dla niej odżywać na nowo. Do świata obrazów dołączył świat dźwięków. W miarę postępów rehabilitacji świat coraz bogatszy. Jeśli uwzględnić, że należy się liczyć z tym, że powrót do 100% naturalnej słyszalności może nie być możliwy, to dziś ten świat dźwięków jest w pełni bogaty. I niesamowicie przyjemny.

Później rzeczy następowały bardzo szybko. Zainteresowałem się i ja nieco bardziej ptakami. Próbuję je rozpoznawać zarówno po wyglądzie, jak i po odgłosach, uczę się tego i mimo że w sferze odgłosów ubogo to jeszcze wygląda, to staję się coraz bardziej na te odgłosy wyczulony i coraz częściej rejestruję głosową obecność ptaka poza zasięgiem wzroku, mimo że jeszcze pół roku temu nie miałbym świadomości jego obecności. Rozpoznanie nawet tylko tych kilku znanych ptaków, świadomość, że gdzieś za plecami żeruje kos, daleko po lewej sroka się odzywa, a na sąsiedniej działce sikorki buszują w krzewach, sprawia, że coraz bardziej czuję się być wewnątrz ich świata i bliżej natury.

http://www.xeno-canto.org/

Latem zbudowałem „tymi rencami” 2 budki lęgowe, a do resztek materiału, jaki mi został, dokupiłem płytę sklejki i zrobiłem jeszcze karmnik, zamiast go kupować. Jakiś piękny to on nie jest, ale kiedy patrzę na to, co można kupić w sklepach, rośnie we mnie poczucie wartości własnego dzieła.

 

 

Pradzieje.

Gdyby chcieć zacząć od samego początku, należałoby się zająć… laryngologią.

Grażyna od wielu lat traciła słuch. Stopniowo, powoli w ciągu kilkunastu ostatnich lat słyszała coraz mniej. Dzwonek u drzwi przestał działać, telefon zaniemówił, ludzie byli prawie niesłyszalni, a koncerty w filharmonii coraz bardziej były wydarzeniami towarzyskimi, niż muzycznymi. Brzmienie świata systematycznie zanikało. Żaden aparat słuchowy nie był odpowiedni do jej wady.

Udało nam się znaleźć około roku 2005 Instytut Fizjologii i Patologii słuchu, ale wizyta w 2006 roku nie przyniosła efektów. Dopiero gdy sytuacja mocno nabrzmiała, pod koniec roku 2013 pojawiliśmy się najpierw w gabinecie profesora Henryka Skarżyńskiego, aby w końcu w czerwcu 2015 roku doczekać operacji wszczepienia implantu ślimakowego.

To był trudny początek dłuższej drogi, wcale nie łatwiejszej drogi rehabilitacji (zadziwiające, ile wiedzy, doświadczeń naukowych kryje się pod tak prostą, zdawałoby się, wizytą rehabilitacyjną u surdologopedy), ale całość wydarzeń, choć jeszcze trwa, już była wielką rewolucją w życiu. Odzyskać słuch, to jak narodzić się na nowo. Ja tego nie doświadczyłem, ale widzę to, obserwując Grażynę.

http://whc.ifps.org.pl/