Kamera

Dzisiaj, po wielu nieudanych próbach, udało mi się mój stary smartfon zatrudniony w charakterze kamery IP zmusić do samoczynnego nagrywania obrazu po wykryciu ruchu w obiektywie. Oczywiście niezależnie od podglądu na żywo. Jakość obrazu jest kiepska, ale tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Można jednak nieźle prześledzić, jak duży ruch i np. w jakich porach panuje przy karmniku, czy były bażanty, kosy itp. Nagrania są przycinane na samym początku, rejestrowanie włącza się po wykryciu ruchu z niewielką stratą czasową (nie ma, albo nie odkryłem do tej pory funkcji typu time shift), poza tym kilka nagrań z wybranego przeze mnie okresu jest sklejonych w jedną całość – na film dokumentalny do telewizji się ton nie nadaje 🙂 ale do uzyskania satysfakcji z dokarmiania jak najbardziej.

Zapraszam do obejrzenia przykładu z dzisiaj.

Inauguracja.

I tym sposobem na działce 401 zawisły 2 budki lęgowe: klasyczna typu A i półotwarta typu P. Ta druga z tego względu, że minionego lata, już w jego dość późnym ze względu na lęgi ptaków okresie, „ujawniłem” (jak się to często mówiło w moim byłym fachu) aż 2 gniazda kosów prawie obok siebie.

Prawie, bo jak gdzieś wyczytałem, kosy są wielkimi indywidualistami i gniazda zakładają
 generalnie w zagęszczeniu 0,5 gniazda na kilometr kwadratowy, jedynie w miastach 
w zagęszczeniu do 4 gniazd na kilometr kwadratowy. U mnie na, no, powiedzmy 600 metrach
 kwadratowych były 2 gniazda oddalone od siebie o jakieś 3-4 metry.

Na razie puste, chyba nawet mazurki pogardziły budką A jako zimową noclegownią, ale mogę mieć nadzieję, że efekty zimowego dokarmiania (o czym w późniejszych wpisach) sprawią, że o budki będzie bitwa przed okresem lęgowym 🙂

Na początku listopada startuje okres dokarmiania ptaków dzikich i w tym też czasie w miejscu reprezentacyjnym, choć nie z tych względów wybranym, stanął karmnik klasy „tymi rencami”. Choć bez bajerów, za to solidny, praktyczny, samozasypowy, a co najważniejsze – bardzo pojemny. Początkowo nie sądziłem, że mi się to przyda, obecnie nie mam sposobności dokładnie go przetestować, ale ma pojemność co najmniej 4-5 kg mieszanki. Miałem nadzieję, że taka pojemność (mimo że wynika z „jak krawiec kraje…”, a nie dokładnego planowania) wystarczy, by na działce bywać raz na tydzień i nie obawiać się, że pokarmu zabraknie.

A jak było w rzeczywistości, będzie wynikać z dalszych wpisów.

Oprócz tego ściśle według rad Kuby Typiaka z ptasiastrefa.pl zmajstrowałem sprytny, najprostszy i najtańszy karmnik dla kosów 🙂 Taki zwykły, tylko na jabłka. Widać go na zdjęciu powyżej (jabłka właściwie widać), a poniżej prezentuje się nieco okazalej.

Prapoczątki.

Zaczęło się od tego, że w miarę rehabilitacji Grażyna wracając z pracy relacjonowała, gdzie i jakie ptaki słyszała. Po kilkunastu latach ich niesłyszenia. A to stado kawek czy gawronów, a to stado szpaków, a to coraz częściej pojedyncze ptaki. Niedługo później działka zaczęła dla niej odżywać na nowo. Do świata obrazów dołączył świat dźwięków. W miarę postępów rehabilitacji świat coraz bogatszy. Jeśli uwzględnić, że należy się liczyć z tym, że powrót do 100% naturalnej słyszalności może nie być możliwy, to dziś ten świat dźwięków jest w pełni bogaty. I niesamowicie przyjemny.

Później rzeczy następowały bardzo szybko. Zainteresowałem się i ja nieco bardziej ptakami. Próbuję je rozpoznawać zarówno po wyglądzie, jak i po odgłosach, uczę się tego i mimo że w sferze odgłosów ubogo to jeszcze wygląda, to staję się coraz bardziej na te odgłosy wyczulony i coraz częściej rejestruję głosową obecność ptaka poza zasięgiem wzroku, mimo że jeszcze pół roku temu nie miałbym świadomości jego obecności. Rozpoznanie nawet tylko tych kilku znanych ptaków, świadomość, że gdzieś za plecami żeruje kos, daleko po lewej sroka się odzywa, a na sąsiedniej działce sikorki buszują w krzewach, sprawia, że coraz bardziej czuję się być wewnątrz ich świata i bliżej natury.

http://www.xeno-canto.org/

Latem zbudowałem „tymi rencami” 2 budki lęgowe, a do resztek materiału, jaki mi został, dokupiłem płytę sklejki i zrobiłem jeszcze karmnik, zamiast go kupować. Jakiś piękny to on nie jest, ale kiedy patrzę na to, co można kupić w sklepach, rośnie we mnie poczucie wartości własnego dzieła.

 

 

Pradzieje.

Gdyby chcieć zacząć od samego początku, należałoby się zająć… laryngologią.

Grażyna od wielu lat traciła słuch. Stopniowo, powoli w ciągu kilkunastu ostatnich lat słyszała coraz mniej. Dzwonek u drzwi przestał działać, telefon zaniemówił, ludzie byli prawie niesłyszalni, a koncerty w filharmonii coraz bardziej były wydarzeniami towarzyskimi, niż muzycznymi. Brzmienie świata systematycznie zanikało. Żaden aparat słuchowy nie był odpowiedni do jej wady.

Udało nam się znaleźć około roku 2005 Instytut Fizjologii i Patologii słuchu, ale wizyta w 2006 roku nie przyniosła efektów. Dopiero gdy sytuacja mocno nabrzmiała, pod koniec roku 2013 pojawiliśmy się najpierw w gabinecie profesora Henryka Skarżyńskiego, aby w końcu w czerwcu 2015 roku doczekać operacji wszczepienia implantu ślimakowego.

To był trudny początek dłuższej drogi, wcale nie łatwiejszej drogi rehabilitacji (zadziwiające, ile wiedzy, doświadczeń naukowych kryje się pod tak prostą, zdawałoby się, wizytą rehabilitacyjną u surdologopedy), ale całość wydarzeń, choć jeszcze trwa, już była wielką rewolucją w życiu. Odzyskać słuch, to jak narodzić się na nowo. Ja tego nie doświadczyłem, ale widzę to, obserwując Grażynę.

http://whc.ifps.org.pl/